expr:class='"loading" + data:blog.mobileClass'>

czwartek, 2 listopada 2017

Andrzej Średniawski i jego powiązania z górnowiejską i myślenicką strażą pożarną

Ochotnicza Straż Pożarna w Górnej Wsi nie powstała bezpośrednio z inicjatywy Andrzeja Średniawskiego, ale była z nim związana.
Region Galicji pod zaborem austriackim był zaniedbany, nie było w nim ani jednej straży ogniowej, która mogłaby pomagać w gaszeniu wybuchających w miastach i na wsiach pożarów. Te z racji drewnianej zabudowy siały bardzo często olbrzymie spustoszenia. W listopadzie 1860 roku powstało Krajowe Towarzystwo Ubezpieczeń od Ognia, potocznie zwane "Florianką". Ludzie, widząc, że nie można liczyć na pomoc władzy, podjęli własne działania, które zaowocowały w Galicji rozwojem Towarzystw Straży Ogniowych. Jedną z pierwszych ochotniczych straży zawiązano w Krakowie. 
Sieć straży ochotniczych rozrastała się, ze względu na oczywiste potrzeby. Potrzebę działalności straży upatrywali również mieszkańcy Myślenic. Inicjatorem powstania myślenickiej straży ogniowej był w 1873 roku dr Andrzej Marek. To on doprowadził do zawiązania się Towarzystwa Straży Ogniowej i on też został jej pierwszym naczelnikiem. Wśród działaczy inicjujących Towarzystwo wymienia się jeszcze dr. inż. Emila Schünkego, inż Franciszka Lichwrewa, Fryderyka Kubalę i sekretarza rady powiatowej W. Świeżyńskiego. 
Przedstawiciele myślenickiej straży, m.in Emil Schünke, reprezentowali nasz rejon na I Krajowym Zjeździe Strażackim w 1875 roku we Lwowie. Tam powołano Krajowy Związek Ochotniczych Straży Pożarnych w Królestwie Galicji i Lodomerii z Wielkim Księstwem Krakowskim. Od maja 1887 r. Związek wydawał własne pismo - miesięcznik "Przewodnik Pożarniczy". To również Emil Schünke  został wybrany na naczelnika po Andrzeju Marku w 1879 roku. Działał bardzo aktywnie. Opracował Regulamin Służbowy dla Straży Ogniowej Ochotniczej miasta Myślenic, wydany w 1892 roku. Był to jeden z pierwszych regulaminów galicyjskich regulujący wygląd umundurowania, zasady honorów, dyżurów itp. 
 
Piotr Sadowski podaje, że to Emil Schünke w 1887 roku zainicjował ochotniczą straż pożarną w Górnej Wsi. Antoni Walaszek, a także przekazy ustne z kolei informują, że z inicjatywą powołania ochotniczej straży pożarnej na Górnej Wsi wystąpił Roman Gąsiorowski (więcej tu:Roman Gąsiorowski - "stryj" A. Średniawskiego cz. I   Roman Gąsiorowski - "stryj" A. Średniawskiego cz. II ). Instytucja ta powstała w 1887 roku pod nazwą Towarzystwo Straży Ogniowej Ochotniczej w Górnej Wsi. Gdy tworzyła się ochotnicza straż, Andrzej Średniawski przebywał wtedy na Ukrainie. O tym wydarzeniu z rodzinnej wsi poinformowała Średniawskiego krewna, a jednocześnie służąca - Wiktoria Dzieżówna, która przybyła  do pracy do Piotrówki na prośbę Zofii Rogozińskiej.

Według informacji ze strony internetowej górnowiejskiej ochotniczej straży nie zachowała się książka pamiątkowa informująca o działalności i członkach straży. Istnieją informacje w notatkach Antoniego Walaszka, że pierwszym prezesem straży był nauczyciel Stanisław Bernardy, a naczelnikiem Emil Schünke. (Tu mamy wątpliwości, czy informacja jest prawdziwa, gdyż Emil Schünke byłby jednocześnie naczelnikiem straży myślenickiej.) Protokoły, jak twierdzi Walaszek, zapisywano dopiero od 1889 roku  (pierwszy datowany był na 4 kwietnia) i odnotowano wtedy, że na prezesa wybrano Romana Gąsiorowskiego, który był nim do 1894 roku. Na to stanowisko 15 maja 1894 roku wybrano Andrzeja Średniawskiego, który przebywał już w Górnej Wsi od końca 1892 roku. 

Trudno nam jest powiedzieć, gdzie była początkowa siedziba ochotniczej straży, ale wiemy, że kiedy wybudowano budynek Kółka Rolniczego przy ulicy 3 Maja, jedną z izb przeznaczono dla tej instytucji. Potem, gdy wybudowano w pobliżu budynek Domu Ludowego, to tam ochotnicza straż się przeniosła i ma siedzibę do dzisiaj.

Gdy powstawała straż pożarna, również Kółko Rolnicze (działające od 1883 roku), które posiadało wtedy warsztat tkacki, uszyło dla strażaków mundury z własnego lnu, płótna zgrzebnego. Ono również zaopatrzyło straż w drabiny i inne przyrządy potrzebne do gaszenia pożarów. Jedynym większym sprzętem, jakim dysponowali wtedy strażacy, była sikawka ręczna na konnym wozie.

Sikawka typu małomiejskiego z przełomu XIX i XX w. wg ilustracji w kalendarzu strażackim. Zdjęcie z książki P. Sadowski W służbie ludziom. Z dziejów OSP Myślenice-Śródmieście
Dopiero po wojnie w roku 1946 dzięki pomocy powojennej z Zachodu strażacy otrzymali z wojskowego demobilu motopompę angielską Mr Betford. 

Poświęcenie motopompy w OSP Górne Przedmieście, rok 1947. Dostępne w Internecie: http://tiny.pl/gf7hd

Strażacy OSP Myślenice Górne Przedmieście przy motopompie. Zdjęcie z lat 40. ubiegłego wieku. Od lewej: Władysław Dziadkowiec, Stanisław Kaim, Antoni Szklarz, Kazimierz Zabłocki, komendant Franciszek (?) Muniak, Mieczysław Czepiel, Władysław Kurkiewicz, NN, Tadeusz Zabłocki. Fotografia z kolekcji Jacka Hołuja. Autor zdjęcia nieznany. Dostępne w Internecie: http://tiny.pl/gf7hw
Górnowiejska straż pożarna miała własny statut. Zadbał o to Andrzej Średniawski.

Strona tytułowa Statutu Towarzystwa Ochotniczej Straży Pożarnej w Górnej Wsi. Ręczny dopisek w postaci nazwy miejscowości dokonany ręką Średniawskiego. W zbiorach  ZHRL
Straż górnowiejska działała aktywnie. Oprócz oczywistych działań, jak gaszenie pożarów, można było ją zauważyć na różnego rodzaju uroczystościach. W 1900 roku górnowiejscy strażacy uczestniczyli w Myślenicach w obchodach uroczystości ku czci patrona św. Floriana. Impreza organizowana była z ogromnym rozmachem (msza św., przemarsze, defilady, honory, raporty), a oglądali ją zaproszeni goście, m.in z Sokoła, Towarzystwa Czytelni itd. W roku 1903 w Myślenicach wydział powiatowy zorganizował powiatowy kurs pożarnictwa. Prawdopodobnie odbył się on w Myślenicach dlatego, że myślenicka straż miała własny, nowy budynek. Wraz z myślenickimi strażakami wzięło udział w kursie 120 innych z całego powiatu, z gmin wiejskich. Wśród uczestników był i Andrzej Średniawski, co potwierdza poniższe zdjęcie. Kurs zainaugurowała msza święta, na nim również wręczono honorowe odznaki strażakom.


Kurs pożarnictwa w Myślenicach, rok 1903. W drugim rzędzie, trzeci od prawej  Andrzej Średniawski. Oryginał w zbiorach Muzeum Niepodległości w Myślenicach (dawniej Muzeum Regionalne Dom Grecki)
W strażnicy w Myślenicach Andrzej Średniawski w 1912 roku zorganizował wiec publiczny dotyczący budowy kolei z Wieliczki przez Dobczyce, Myślenice, aż do Mszany Dolnej.

Andrzej Średniawski jako osoba zasłużona dla jednostki OSP Myślenice został uhonorowany jednym ze 193 pamiątkowych gwoździ z wygrawerowanym nazwiskiem (nr 63), zamieszczonych na tablicy pamiątkowej przygotowanej w 1923 roku z okazji obchodów 50-lecia istnienia straży w Myślenicach.
Średniawski był także jednym z fundatorów drugiego sztandaru OSP Myślenice. Także i górnowiejska straż została uhonorowana pamiątkowym gwoździem (nr 22).

W 1929 roku Górna Wieś została włączona w obręb miasta Myślenice i stała się jedną z jego dzielnic. Wraz ze zmianą nazwy - Górna Wieś na Górne Przedmieście i straż górnowiejska zmieniła nazwę na Myślenice - Górne Przedmieście. 

Strażacy jako delegaci w odświętnych mundurach uczestniczyli również w jubileuszu Średniawskiego i Bojki w Myślenicach (http://sredniawski.blogspot.com/search?q=jubileusz). Być może i oni przyłożyli rękę do organizowanej na cześć senatora zabawy ludowej w Górnej Wsi. 

Nie dotarłyśmy do daty, kiedy Średniawski przestał być prezesem straży. Być może był nim do śmierci. Na jego grobie strażacy z Górnego Przedmieścia złożyli podczas pogrzebu wieniec z szarfą "Kochanemu Prezesowi" - Ochotnicza Straż Pożarna z Górnej Wsi. Oni też jako jedni z wielu nieśli w kondukcie trumnę senatora.

Z informacji  zaczerpniętych ze strony internetowej straży Górnego Przedmieścia wiemy, że w latach 1936-1946 naczelnikiem OSP był druh Kazimierz (Franciszek?) Muniak. Kto wcześniej piastował to stanowisko, nie udało nam się ustalić.

Górnowiejscy strażacy. Dostępne w Internecie: http://myslenicegorne.osp.org.pl/o-nas/













Po śmierci druha Kazimierza (Franciszka?) na stanowisko naczelnika wybrano druha Antoniego Szklarza. Prawdopodobnie było to około 1949 roku.

Świadectwo ukończenia szkolenia przez Antoniego Szklarza. Dostępnie w Internecie: http://myslenicegorne.osp.org.pl/o-nas/


Więcej informacji o OSP Górne Przedmieście, która działa po dzień dzisiejszy, znajduje się na stronie http://myslenicegorne.osp.org.pl/o-nas/


EG

Bibliografia:

1. Myślenice. Monografia miasta, pod red. T. Gąsowskiego, Myślenice-Kraków 2012.
2. Notatki Antoniego Walaszka przechowywane w Zakładzie Historii Ruchu Ludowego w Warszawie.
3. P. Sadowski W służbie ludziom. Z dziejów OSP Myślenice-Śródmieście, Myślenice 2006.
4. A. Walaszek, Andrzej Tomasz Średniawski. Życie i działalność na tle dziejów Ruchu Ludowego 1857-1931 [maszynopis w zbiorach ZHRL].
5. http://myslenicegorne.osp.org.pl/o-nas/

czwartek, 12 października 2017

Naukowiec, profesor, wiceminister – Alojzy Wojciech Świętosławski i jego żona Maria z Olszewskich


Nim przejdziemy do opracowania sylwetki Wojciecha Alojzego Świętosławskiego, chciałybyśmy zaznaczyć, że nie będziemy się koncentrować na prowadzonych przez niego badaniach, osiągnięciach naukowych, a skupimy się na życiu osobistym. 

Wojciech Świętosławski


Alojzy Wojciech Świętosławski urodził się 21 czerwca 1881 r. w majątku rodzinnym Kiryjówka na Wołyniu. Posługiwał się drugim imieniem. Był młodszym dzieckiem siostrzenicy Zofii Średniawskiej Anieli z Rogozińskich (córki Antoniny) i Wacława Świętosławskiego (więcej o rodzicach tu: http://sredniawski.blogspot.com/2016/04/w-goracej-wodzie-kapana-aniela.html http://sredniawski.blogspot.com/2016/04/w-goracej-wodzie-kapana-aniela_15.html ). Miał starszego brata Włodzimierza (więcej o bracie tu: http://sredniawski.blogspot.com/search?q=w%C5%82odzimierz+%C5%9Bwi%C4%99tos%C5%82awski).
Spodziewano się szybkiej śmierci Wojciecha, gdyż urodził się słaby, a zaraz po porodzie ciężko się rozchorował (problemy żołądkowe). Przeżył jednak i nigdy nie odczuwał skutków przebytej w niemowlęctwie choroby.

Z powodu pożaru wraz z rodzicami i bratem opuścił Kiryjówkę, gdy miał dwa lata. Rodzina przeniosła się do Karpowiec. Dopiero w wieku 14 lat zobaczył ją ponownie. Wtedy trwała już odbudowa gospodarstwa, którą zainicjował ojciec, a jemu ostatecznie po kilku latach przyszło ją dokończyć.

W dzieciństwie Wojciech wraz z bratem wożeni byli przez matkę i ciotkę M. Żukotyńską do Lubaru do kościoła. Obydwie kobiety bardzo dbały o wychowanie religijne Wojciecha i Włodzimierza.
Czas dorastania był dla niego również trudny, szczególnie pod względem finansowym. Rodziny ze strony ojca i ze strony matki uczestniczyły w powstaniu styczniowym, a co za tym idzie konfiskacie uległy rodzinne majątki, zaś członkowie rodów albo trafili do więzienia, albo musieli uciekać za granicę. To dlatego też Wacław nie uzyskał wyższego wykształcenia. Nie miała go także i matka – Aniela – ale to nie przeszkadzało rodzicom Wojciecha przykładać dużej wagi do wykształcenia synów.

Kiedy nadeszła pora kształcenia w szkole, w roku 1889 roku wraz z ciotką – Marią Żukotyńską i bratem udali się do Kijowa. Tam ukończył klasyczne gimnazjum na Pieczersku w Kijowie w 1898 r. Czasem Świętosławski podawał 1899 rok jako koniec szkoły, przez co można podejrzewać, że powtarzał którąś klasę (prawdopodobnie wstępną). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyż bardzo często dzieci miały kłopot z jednoczesnym opanowaniem języka rosyjskiego (w tym języku odbywały się lekcje) i przyswojeniem materiału. Tacy chłopcy jak Wojciech, gdy wstępowali do gimnazjum, nie umieli dobrze rosyjskiego, a wszelkie lekcje prowadzono właśnie w tym języku. W trakcie nauki w gimnazjum rodzice zatrudnili korepetytora, krewnego – Juliana Klukowskiego. Miał on pomóc Wojciechowi w matematyce i języku rosyjskim.

Kiedy przyjechali z bratem do Kijowa, zamieszkali u państwa Kowalskich w Dmitrówce. Kowalscy cieszyli się zaufaniem i mieli dobre rekomendacje, gdyż byli patriotami. Z czasem brat wyjechał, a on nawiązał wiele przyjaźni z chłopcami mieszkającymi razem z nim. Szczególnie zaprzyjaźnił się z Witoldem Zabłockim, który miał duży wpływ na postawę Świętosławskiego. Wśród  mieszkańców Dmitrówki było wielu patriotów, którzy zachęcali młodszych kolegów do tworzenia kółek samokształceniowych i się nimi opiekowali. Wojciech angażował się w życie społeczne i polityczne, ale jego poglądy nie pozwoliły mu na wejście do tzw. „roboty partyjnej”. Był człowiekiem aktywnym, samodoskonalił się, udzielał się w Korporacji Studentów Polaków w Kijowie.

Po ukończeniu gimnazjum złożył dokumenty do Kijowskiego Instytutu Politechnicznego (KPI). Rodzina była zdziwiona wyborem kierunku studiów Wojciecha (chemia barwników), gdyż wokół wszyscy kształcili się w rolnictwie bądź przemyśle cukrowniczym. Sam Świętosławski wspominał, że planowano mu już posadę w cukrowni u krewnego. Być może chodziło o Antoniego Makowieckiego, który prawdopodobnie w Sokołówce na Ukrainie prowadził cukrownię. Wojciech się temu sprzeciwił, choć sam nie był pewny trafności wyboru.

Politechnika dopiero się rozwijała (zaczął studiować, gdy istniała ona dopiero drugi rok), organizowano szkolnictwo. Sam Świętosławski we wspomnieniach pisał, że wstępne  odbywały się w Szkole Handlowej przy ul. Kudriawskiej, gdyż budynki politechniki dopiero budowano. Sam program w dużej mierze opracował D. Mendelejew. Studenci zdobywali oceny, które dopuszczały, a nawet zwalniały ich z egzaminów. Rozwój szkoły postępował opornie. Studia trwały od 4 do 6 lat, a spowodowane to było zamykaniem uczelni na skutek uczniowskich strajków bądź kłopotów finansowych placówki.

Nauką na studiach zajmował się niewiele, ale pracował aktywnie, sumiennie odrabiał prace, przystępował do egzaminów, nie robił tego jednak z pełnym przekonaniem. Trudności nastręczały mu wykłady Włodzimierza Timofiejewa. Obok siebie nie miał jednak nikogo, kto pasjonowałby się tym samym co on i kto mógłby go w jakiś sposób ukierunkować.

W trakcie nauki przechodził depresję, związaną z wyborami życiowymi i odpowiedzialnością, jaka na nim spoczywała (praktyki, sytuacja w domu). Wtedy nastąpiły pierwsze zaburzenia wzroku, które pojawiały się i w dalszym życiu Świętosławskiego, gdy dochodziło do przemęczenia. Wtedy musiał na jakiś czas  przerywać pracę, a żeby obniżyć napięcie nerwowe i zyskać spokój robił hamaki. W trakcie studiów przechodził też kryzys natury religijnej. Wtedy wkroczyła ciotka Żukotyńska i aby rozwiać jego wątpliwości podsuwała mu różne książki. To wywołało odmienny efekt od zamierzonego. Czytał zresztą wszystko (Kapitał Marksa, pisma, które docierały na zasadzie przemytu: „Robotnik”, „Gazeta Robotnicza”), by mieć pojęcie o świecie. Nastawienie antyreligijne utrudniło mu kontakt z matką a także jej braćmi – Leonem i Tadeuszem. Traktowano to jednak niezbyt poważnie, zrzucając na karby młodzieńczego buntu.

Świętosławski nauką niewiele się zajmował. Odrabiał prace sumiennie, przystępował do egzaminów, ale nie robił tego z pełnym oddaniem czy przekonaniem. Podobała mu się jedynie chemia fizyczna. Wakacje po pierwszym roku nie przeznaczył na odpoczynek w Karpowcach, ale zatrudnił się w Kolejach Południowo-Zachodnich w Żmerynce (węzeł kolejowy). Ze względu na swoje poglądy chciał się zapoznać z warunkami pracy prostych robotników. Miał wtedy osiemnaście lat. Najpierw dwa tygodnie pracował w warsztacie, a potem jako pomocnik maszynisty. Wstawał o trzeciej rano i pracował do dwudziestej czwartej. Odpoczywał na stacji w Winnicy. Podczas tej pracy przekonał się, że wykonywanie pracy według regulaminu jest niemożliwe i trzeba go omijać.
20 sierpnia 1900 roku rozpoczął drugi rok studiów, a lato 1901 roku spędził w Karpowcach. Na trzecim roku Świętosławski dał się poznać jako student pilny i pracowity, kompetentnie pisał sprawozdania z prac laboratoryjnych, udowadniał swoją samodzielność i zainteresowanie pracami doświadczalnymi (niestety wszelkie notatki Świętosławskiego zaginęły, prawdopodobnie spłonęły podczas kolejnego pożaru Kiryjówki w trakcie rewolucji bolszewickiej). Początkowo wykłady prof. Władimira Fiodorowicza Timofiejewa sprawiały mu pewne trudności, ale to właśnie pod jego kierunkiem wykonywał pierwsze doświadczenia w laboratorium chemii fizycznej.

Między trzecim a czwartym rokiem obowiązkiem studentów było odbyć praktyki w fabrykach. Rodzaj praktyki decydował o specjalizacji. Jako specjalność Świętosławski wybrał technologię farbiarską. Wybór kierunku technologia przemysłu barwników i włókiennictwa zadecydował o tym, że Wojciech chciał praktykować w Łodzi, w ośrodku włókienniczym. Starania jego nie dały jednak rezultatu i praktykę odbył w 1903 roku w Kuwajewskiej Manufakturze w Iwanowo-Wozniesiensku 300 km na wschód od Moskwy. Był daleko od domu, więc bardzo się cieszył, kiedy wrócił. W 1903 roku udało mu się wystarać się o praktykę w fabryce Scheiblera w Łodzi. Wyposażenie fabryki stanowiły najnowocześniejsze w tamtych czasach maszyny. 

Fabryka Scheiblera w Łodzi

Tam mocno się zaangażował, otrzymał bardzo dobrą ocenę, ale odbiło się to na jego zdrowiu. Praktyka nie utwierdziła go w słuszności wyboru kierunku studiów i wykonywanego zawodu. Przeszedł załamanie nerwowe.

Na studiach interesował się raczej publicystyką. Wraz z przyjaciółmi dążyli do stworzenia pisma postępowego na Ukrainie. Z czasem powstał „Głos Kijowski”, z którym nie współpracował bezpośrednio, ale nadsyłał korespondencję. Gdy gazeta przekształciła się w tygodnik pod nazwą „Świt”, rozpoczął z nim współpracę, która trwała rok i polegała na pisaniu artykułów na temat różnych zagadnień i przygotowywaniu publikacji do druku, np. Stosunek wzajemny, dążenia i cele grup społecznych na Ukrainie.

W 1904 roku rozpoczęły się prace przy odbudowie Kiryjówki. Ponieważ we wcześniejszych latach Świętosławski odbył dwie praktyki, mógł wakacje 1904 roku spędzić na wsi. Wtedy dużo czytał. Kiedy w 1905 roku zamknięto instytut z powodu strajków studenckich, to on czuwał nad pracami remontowymi, a ojciec gospodarował w Karpowcach. Było to olbrzymie wyzwanie dla Wojciecha, który musiał podejmować wiele samodzielnych decyzji. W tym samym roku został wezwany do domu, gdyż brat przebywający na Zakaukaziu rozchorował się na tyfus. Wojciech miał towarzyszyć zatroskanej matce w podróży do chorego syna. Gdy stan Włodzimierza się poprawił, Świętosławski wrócił do Karpowiec, zostawiając w Wanku matkę i brata. Tam musiał zmierzyć się z o wiele większą tragedią – śmiercią ojca. Musiał go pochować tylko w towarzystwie ciotki Żukotyńskiej. Śmierć ojca przypadła na trudny czas. Rozpoczęły się strajki rewolucyjne, w majątku nawarstwiały się problemy. Kończyły się umowy dzierżaw Kiryjówki i Zalesia (kawałek majątku kośkowskiego), które zawarł Wacław Świętosławski. Tam również prowadzone były jakieś inwestycje, trzeba było też zbyć plony. Wojciech musiał być jednocześnie buchalterem, płatnikiem i administratorem; musiał zadbać o każdy szczegół, także w majątkach dzierżawionych od Dorożyńskich. Starał się o pożyczki, kredyty w bankach. Ponadto cały czas trwała budowa kiryjowieckiego domu. Sporo trudności nastręczał również powrót Anieli Świętosławskiej z Zakaukazia do domu. Wiedział, że nie może zostawić rodziny samej. Tak więc cały rok 1906 był ciężkim czasem dla Wojciecha, który zbiegł się z końcem studiów na politechnice. Udało mu się wystarać, żeby pracę dyplomową wykonywać w domu. Jej przedmiotem był projekt fabryki barwienia tkanin. Pisał ją pod kierunkiem Włodzimierza Sapocznikowa, barwnikarza i kolorysty. Pracował nad nią sześć miesięcy. Jesienią 1906 roku uzyskał dyplom.

3 stycznia 1907 roku, po siedmiu dniach od ukończenia szkoły, Świętosławskiego wcielono do wojska rosyjskiego, choć miało to wyglądać, jakby był ochotnikiem. Dzięki interwencji kolegi wstąpił do pułku piechoty stacjonującego w Kijowie, bo chciał być blisko domu i uniwersytetu. Mieszkał poza koszarami i miał zamiar kontynuować prace naukowe. Współpracował nadal ze „Świtem”, wypowiadając się w swoich publikacjach na temat roli kościoła i wprowadzenia ślubów cywilnych.

Wojciech Świętosławski w 1907 roku
Po służbie wojskowej zaczął myśleć o wyjeździe za granicę w poszukiwaniu pracy, ale uniemożliwiał mu to między innymi brak znajomości któregoś z europejskich języków. Wiedział jednak, że w domu potrzebne są pieniądze, dlatego na przełomie listopada i grudnia 1907 roku zdecydował się poszukać posady nauczyciela w którejś ze szkół w Królestwie. Stąd też pojawiły się u niego zainteresowania socjologią, psychologią i filozofią. Wyjechał do Warszawy, by zostać tam na stałe i pracować, a także studiować – prawdopodobnie filozofię. Będąc tam, zapisał się do Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, do którego należeli m.in. Władysław Tatarkiewicz i Stefan Żeromski. Podczas pobytu w Królestwie powróciły zainteresowania chemiczne i Świętosławski zmienił studia na chemię fizyczną. Zajął się konkretnie termochemią, badającą energię wiązań atomowych. Nawiązał współpracę z Sapocznikowem, który miał świadomość, że Świętosławski jest zdolny, dlatego starał się mu pomóc w zawodowym starcie. Będąc dziekanem Wydziału Chemii, wystarał się dla Wojciecha o posadę na uczelni. 

Zazwyczaj młodych absolwentów zatrudniano na stanowisku laboranta, ale posada ta została już zajęta przez kogoś innego. Sapocznikow nie mógł zatrudnić go bezpośrednio u siebie, dlatego też uzgodnił z kierownikiem Katedry Chemii Fizycznej Timofiejewem, że Świętosławski będzie pracował u niego, a w rzeczywistości pomoże Sapocznikowi. Stworzono dla niego stanowisko kolorysty, zaś w rzeczywistości Sapocznikow zaproponował mu posadę prywatnego asystenta. Mimo że Świętosławski nie czuł się do końca do tego przygotowany, podjął pracę 1 stycznia 1908 roku. Postawił swoje warunki. Część godzin miał poświęcać na pracę dla Sapocznikowa, a część na swoją, ten zaś ma się nie wtrącać do jego badań. Świętosławski był świadomy swoich „ułomności”, jeśli chodzi o badania naukowe. Nie umiał pracować spokojnie, miał nerwowe usposobienie. Dopiero praca u boku Sapocznikowa zmieniła go. Dali sobie pół roku na to, czy taki układ się sprawdzi. Świętosławski nie zarabiał wiele, bo tylko pięćdziesiąt rubli na miesiąc, ale jemu to wystarczało i uniezależniało od rodziny – nie chciał pobierać pieniędzy z Kiryjówki. 

W 1908 roku Świętosławski intensywnie pracuje w Kijowie. Kontynuuje badania związków organicznych, które doprowadziły go do obliczenia energii poszczególnych wiązań atomowych na podstawie ciepła spalania związków organicznych. Na polecenie Sapocznikowa rozpoczął pracę ze studentami. Musiał sobie radzić sam, nie mógł liczyć na wsparcie Timofiejewa, gdyż ten był zbyt zajęty.

Po pewnym czasie w 1908 roku Sapocznikow zaproponował Świętosławskiego na stanowisko asystenta profesora Pisarzewskiego (świetnego chemika), kierownika Katedry Chemii Nieorganicznej. Ta praca była wymagająca i zajmowała mu mnóstwo czasu, a on chciał prowadzić badania w zakresie termochemii, a nie barwników i kolorystyki. Wtedy Sapocznikow zaproponował mu stypendium profesorskie. Otrzymał je w styczniu 1909 roku i mógł dalej pozostać asystentem Pisarzewskiego. Badacze, naukowcy, wykładowcy traktowali Świętosławskiego jako „teoretyka bez przyszłości”, co bardzo go bolało. Rozpoczął własne badania i obserwacje, zastępując nimi brak doświadczenia. Pracował nad tzw. bombą kalorymetryczną.

Etatowa posada i stabilizacja spowodowały, że Świętosławski zaczął myśleć o założeniu rodziny. Jedną z pierwszych miłości przeżył prawdopodobnie do siostry swego przyjaciela Witolda Zabłockiego Janiny, ale było to uczucie raczej jednostronne. Obydwoje zostali przyjaciółmi. Korespondowali ze sobą przez całe życie. Kiedy pracował w „Świcie”, poznał Marię Olszewską. To z nią się zaręczył. Ślub odbył się 4 czerwca 1909 roku. Świętosławski czuł, że z Marią będzie szczęśliwy, ale rodzina była nieprzychylna ślubowi, gdyż Maria nie wywodziła się z rodziny ziemiańskiej, a była jedynie córką dzierżawcy. Z czasem jednak zaczęto ją akceptować, a pod koniec życia matki Wojciecha to Maria się nią opiekowała. 

Maria Olszewska podczas pracy w "Świcie"
Maria z Olszewskich Świętosławska urodziła się w 1881 roku. Niewiele wiemy o czasach jej dzieciństwa i młodości. Na pewno miała siostrę (przyjeżdżała ona do Świętosławskich, gdy ci mieszkali w Olszance, prawdopodobnie nazywała się Janina za mężem Kostrowska). Była korektorką w „Świcie” i tam poznała się z Wojciechem. Wojciech twierdził, że to żonie zawdzięczał szczęście osobiste. To prawdopodobnie ona zajmowała się rozwiązywaniem problemów dnia codziennego i to dzięki niej mógł poświęcić się karierze naukowej. Była kobietą bardzo pracowitą. Miała wrodzoną inteligencję i intuicję. Mimo że nie miała wyższego wykształcenia, była obyta w dziedzinach sztuki, nauki, historii i literatury, gdyż żywo się tym interesowała. Wojciech twierdził, że nigdy jej w tym nie dorównał.

Maria Świętosławska (po prawej) wraz z siostrą (Janiną?)

Po ślubie Świętosławscy wyjechali na krótki czas do Krakowa. Tam Świętosławski nawiązał kilka kontaktów i zaczął myśleć o stałym pobycie w tym mieście oraz o objęciu samodzielnego stanowiska na uczelni, po uregulowaniu spraw majątkowych na Ukrainie. Los zadecydował jednak inaczej. Powrócił do kraju, na samodzielne stanowisko, ale po odzyskaniu niepodległości, i nie był to Kraków, a Warszawa.

W 1909 roku, zapewne by udowodnić coś sobie i innym, Świętosławski wziął udział w Zjeździe Lekarzy i Przyrodników w Rosji. Wygłosił tam odczyt o bliżej nieznanym tytule i wywarł na słuchaczach bardzo dobre wrażenie. Nawiązał tam też wpływowe znajomości. Pracy poświęcał całe dnie. W latach 1908-1910 ogłosił ponad trzydzieści publikacji w wielu czasopismach po polsku i w różnych językach. Zdobywał uznanie, zyskiwał prestiżowe nagrody.

W 1910 roku profesor Adam Krasuski zwrócił się do Świętosławskiego z propozycją pracy jako asystenta laboratorium termicznego Katedry Ługinina na Uniwersytecie w Moskwie. Świętosławski odmówił (nie definitywnie), a powodów tego było kilka. Nie znał szczegółów pracy, miał również świadomość, że w Moskwie jako Polakowi wcale nie byłoby mu łatwo funkcjonować. Wykłady, praca w szkole odciągałyby go od badań. Wiedział też, że musiałby zdać egzamin na stopień naukowy, a to wiązałoby się z licznymi podaniami uniwersytetu do cara, a ten rzadko na pisanie takich się decydował. Pensja w Kijowie nie była duża, wynosiła sześćdziesiąt sześć rubli. W Moskwie miał zarabiać 100 rubli, a więc więcej. Ale i to nie przekonywało Świętosławskich do wyjazdu. Był jeszcze inny powód odmowy – chyba najważniejszy. Maria spodziewała się dziecka. Świętosławscy woleli być – z racji rychłego rozwiązania bliżej rodziców Marii. Poza tym bliskość Kiryjówki pozwalała na korzystanie z dobrodziejstw gospodarstwa, a przez to Świętosławskim łatwiej było się utrzymać.

Córka Świętosławskich Janina urodziła się 25 maja 1910 roku w Kijowie (więcej tu: http://sredniawski.blogspot.com/2016/12/janina-scisowska-zokiewska-naukowiec.html).

Maria i córka potrzebowały stabilizacji, w związku z tym zamieszkały u rodziców Marii na wsi. To pozwoliło również na zaoszczędzenie pieniędzy. Natomiast Wojciech zdecydował się jednak na wyjazd do Moskwy, w celu rozeznania się, z czym wiąże się podjęcie tam posady. Duże wrażenie zrobił na nim prof. Umow i ostatecznie zgodził się na proponowaną pracę. Umówił się z nim, że posadę obejmie od początku 1911 roku, gdyż chciał zamknąć wszystkie sprawy w Kijowie i te związane z Kiryjówką.

Świętosławski przekazał prowadzenie gospodarstwa bratu Włodzimierzowi, a on miał otrzymywać subsydium (bezzwrotna pomoc finansowa, dofinansowanie). Do Moskwy wyjechał w umówionym terminie, podjął pracę i pracował tam aż osiem lat (do 25 maja 1918 roku), czego się nie spodziewał. Początkowo zamieszkał w gabinecie w pracowni, a gdy jesienią 1911 roku dojechały do Wojciecha Maria z córką, zamieszkali w mieszkaniu rządowym, które udało się Świętosławskiemu otrzymać po zmarłym asystencie fizyki. W 1911 roku zmarł też W. Ługinin, a kierownictwo, choć nieformalne, przejął Świętosławski.

Na tamten okres przypadła też dziwna choroba Świętosławskiego. Nie udało się zdiagnozować, co to za przypadłość i z czego wyniknęła. Najsilniejsze objawy trwały 24 godziny. Przeszkadzało mu światło, widział podwójnie, tracił wzrok i męczyły go wymioty. Choroba trwała długo, wzrok wracał powoli. Świętosławski musiał przerwać pracę. Dla uzyskania spokoju robił hamaki. Myślał nawet nad powrotem na wieś. Powoli jednak zaczął odzyskiwać siły.

W Moskwie ceniono jego pracę, otrzymał nagrodę Mendelejewa (trzysta rubli). W 1912 roku rodzina była w niezłej sytuacji finansowej. Wojciech rozpoczął pracę – wykłady w Szkole Elektrotechnicznej Średniej. Pracował w niej aż do końca pobytu w Moskwie. Postarał się również, by jego posada asystenta była płatna. Miał też tantiemy jako docent uniwersytetu. To pozwoliło na pomoc finansową bratu w gospodarstwie.

Uczestniczył w konferencjach w Rzymie, Berlinie, Dreźnie, Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu. Gdy był na takiej w Krakowie, zaczął poważnie myśleć o osiedleniu się tutaj na stałe. W tym samym czasie jednak dokonano zamachu na księcia Ferdynanda, więc Świętosławski podjął decyzję o powrocie. Był on utrudniony, kilkakrotnie zatrzymywała go policja austriacka celem identyfikacji, ale granicę przekroczył swobodnie.

Wybuch wojny groził mu jako podchorążemu w rezerwie powołaniem do wojska. Nie chciał walczyć w armii rosyjskiej. Pragnął wyzwolenia Polski. W Moskwie debatowano w zaufanym środowisku nad sytuacją Rosji i możliwością pokonania jej przez Niemcy. W tym też czasie niespodziewanie otrzymał z uniwersytetu dokument, który zabezpieczył go przed powołaniem do szeregów armii.

W Moskwie z daleka od frontu Świętosławscy wiedli spokojne życie. Uczęszczali do Galerii Trietiakowskiej, do teatru, na koncerty. Bywali też w Domu Polskim na odczytach S. Noakowskiego, wystawach Sekcji Artystyczno-Literackiej. Kiedy Świętosławski został przewodniczącym Sekcji Kulturalnej, odbywały się tam również wykłady z zakresu historii, ekonomii i polityki. Bywali też u kolegi Świętosławskiego, Marcelego Struszyńskiego, gdzie Wojciech grywał w szachy. W wolnych chwilach w domu Maria grywała Wojciechowi na pianinie, a on układał pasjanse.

W laboratorium Ługina w 1915 roku na stanowisku kierowniczym zaszły zmiany. Zmarł profesor N. Aleksandrowicz, a jego miejsce zajął I. Kabłukow. Świętosławski miał nadal swobodę w swojej pracy, ale stosunki z przełożonym nie były już tak serdeczne jak wcześniej. Niemniej jednak wypracował sobie już szacunek i poważanie.

Końcem 1914 roku matka Świętosławskiego przeszła operację. Wtedy też nasiliła się korespondencja matki z synem, w którym informuje go o swoich problemach, nie nalega jednak, żeby przyjechał, bo wie, że ma wiele pracy, a wręcz zapewnia go, że sobie radzą z ciotką Żukotyńską. W 1905 roku jednak pogorszył się znacznie jej stan zdrowia, dlatego Maria wraz z Janiną wyjeżdżają do Kiryjówki, by zaopiekować się Anielą. Były przy jej śmierci w 1916 roku. Potem Świętosławscy byli jeszcze w Kiryjówce między rewolucją lutową a październikową. 

Cały 1916 rok Świętosławski poświęcił rozprawie magisterskiej z zakresu termochemii związków dwuazotowych. Druk miał miejsce na początku 1917 roku. Gotową pracę wysłał Świętosławski do Uniwersytetu w Kijowie. Przyjechał na obronę do Kijowa z Kiryjówki, gdyż wtedy też musiał tam być w zastępstwie brata, który jako lekarz został powołany na wojnę. Obrona odbyła się w niedzielę, 22 października 1917 r. (spotkałyśmy się również z datą wcześniejszą - 17.10.1927 r.). Wśród obecnych byli profesorowie z Moskwy, a samego Świętosławskiego czekała ogromna niespodzianka. Dzięki wyjątkowości wykonanej pracy uzyskał nie tylko magisterium, ale i doktorat, co w tamtym czasie było niezwykłym wydarzeniem (drugim w całej Rosji). Obrona pracy zbiegła się prawdopodobnie z ostatnią wizytą profesora w rodzinnym majątku. Ponieważ brat był na wojnie, Wojciech musiał dopilnować spraw gospodarskich. Pobyt tam z powodu ruchów rewolucyjnych wspominał źle. Podporą był młody człowiek, Jan Matułajtis, który ukończył polską szkołę realną w Moskwie i  odbywał praktykę w Kiryjówce (bo nawet w gospodarstwie Wojciech prowadził prace naukowe). Kiedy zakończono siewy, pojechał do majątku wuja Wojciecha Leona Rogozińskiego i tam wspierał gospodarstwo w Konstantynówce. Potem wrócił w 1918 roku do Polski i zginął za Ojczyznę

Po uzyskaniu stopnia naukowego pracę zaproponowały Świętosławskiemu Uniwersytet Kijowski i Uniwersytet Moskiewski. Nadszedł jednak 1918 rok i Polska odzyskała niepodległość. Świętosławski uważał, że jego miejsce jest w kraju, i dlatego jeszcze w tym samym roku przyjechał do Polski na czele delegacji, by organizować repatriację młodzieży polskiej.

Wraz z Wojciechem oczywiście do Polski wracają żona Maria i córka Janina. Początkowo mieszkali na terenie Politechniki Warszawskiej, w mieszkaniu, którego okna wychodziły na ulice Koszykową. Na pewno po jakimś czasie zamieszkali w Olszance pod Skierniewicami.


Wiemy, że Państwo Świętosławscy posiadali psa o imieniu Hel. Na pewno mieli też psa o imieniu Żuk. 

Hel pies profesora Świętosławskiego
Szkolnictwo w niepodległej Polsce wymagało reformowania. Przybywali studenci, profesorowie, trwała reemigracja. Politechnice nadano strukturę katedralną, powołano profesorów. Świętosławski rozpoczął wykłady, a po roku objął kierownictwo Zakładu Chemii.

Zakład Chemii Politechniki Warszawskiej
Studenci jego kierunku nie mieli podręczników, dlatego podjął się ich napisania, podobnie jak i zbiorów zadań. 

Strona tytułowa podręcznika autorstwa Wojciecha Świętosławskiego
Lata 1919-1920 oraz 1924-1925 to czas, kiedy Świętosławski pełnił funkcję dziekana Wydziału Chemii. Od 1919 do 1920 wykładał też na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 1928-1929 był rektorem na Politechnice Warszawskiej, zaś w latach 1929-1932 jej prorektorem. W trakcie uczelnianej pracy prowadził nadal badania. To był cały jego świat. Do tego stopnia poświęcał się pracy, że wychodzenie do teatru czy na koncerty uważał za marnotrawienie czasu. Jedynym odstępstwem od pracy była aktywność w instytucjach, ale takich, które działały na rzecz rozwoju nauki i przemysłu. Był członkiem założycielem, a potem prezesem Polskiego Towarzystwa Chemicznego, członkiem rzeczywistym Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, członkiem Polskiej Akademii Umiejętności i członkiem rzeczywistym Akademii Nauk Technicznych. Działał jako przewodniczący Komitetu Naukowego Instytutu Przeciwgazowego, wiceprezes Międzynarodowej Unii Chemii Czystej i Stosowanej oraz przewodniczący jej Komisji Danych Fizykochemicznych i przewodniczący Komisji Międzynarodowego Biura Wzorców. Założył czasopismo "Roczniki Chemii".

Prowadzone przez Świętosławskiego badania z czasem zaczęły wykraczać poza termochemię i chemię fizyczną. Współpracował z Alicją Dorabialską i Ignacym Złotowskim, którzy z kolei mieli kontakty z Marią Skłodowską-Curie. Wraz z W. Romerem zmodyfikował ebulioskop, zaopatrzył go w termometr, dzięki czemu można było go wykorzystywać jako barometr. Z czasem modyfikacja zyskała miano ebuliometru Świętosławskiego. Badania i modyfikacje prowadzone przez szkołę Świętosławskiego doprowadziły do wyłonienia się nauki nazwanej azeotropią. 

Ebuliometr Świętosławskiego
W 1926 roku, podczas podróży statkiem z Hawru do Nowego Jorku, Świętosławski, korzystając z wolnego czasu, postanowił napisać autobiografię, dokumentując tym samym swoje naukowe osiągnięcia. 
Osobnym rozdziałem w życiu prof. Świętosławskiego była działalność polityczna i społeczna. Po przewrocie majowym Świętosławski związał się z sanacją, choć nie wstąpił oficjalnie w szeregi partii. Wyraził protest przeciw aresztowaniu i osadzeniu w twierdzy brzeskiej posłów opozycyjnych. Być może jego protest wynikał z pobudek rodzinnych. Mąż jego ciotki (tak nazywał Świętosławski Zofię Średniawską) był związany z Witosem, zaś zięć jego wuja, Leona Rogozińskiego – Józef Chaciński, był świadkiem obrony w tym procesie.

W 1927 roku na polecenie prezydenta Mościckiego Świętosławski zorganizował Dział Węglowy w Chemicznym Instytucie Badawczym na Żoliborzu w Warszawie. Tam zapoczątkowano badania nad fizykochemią węgla kamiennego i procesów koksowania.

5 grudnia 1935 r. prezydent Mościcki poprosił, by Świętosławski zreformował szkolnictwo i dlatego powołał go na stanowisko ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego (pełnił je, z krótką przerwą, do 1939 roku). Wcześniej dał się poznać jako przeciwnik ustawy z 1933 r. ograniczającej autonomię szkół akademickich. Jego zasługą jest zainicjowanie i utworzenie przez towarzystwa naukowe Rady Nauk Ścisłych i Stosowanych ze specjalistycznym komitetem do koordynacji prac naukowych, nowelizacja ustawy z 1933 r. i przywrócenie uczelniom autonomii. Przyśpieszył i podwoił liczbę nominacji profesorskich. Niestety za jego kadencji wprowadzono także w szkołach tzw. getto ławkowe (Żydzi musieli siedzieć w szkołach w odosobnionych ławkach) i utrzymano je pomimo jego protestów. Po latach Świętosławski uważał, że popełnił błąd, przyjmując to stanowisko.
W latach 1935-1939 był senatorem RP. Za swoje wybitne osiągnięcia został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta i Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą tego orderu. 



Wojciech Świętosławski w towarzystwie Zofii Nałkowskiej
Gdy wybuchła II wojna światowa, Świętosławski wraz z rządem znalazł się w Rumunii, gdzie został internowany, a potem trafił do Stanów Zjednoczonych. Tam wykładał na Uniwersytetach w Pittsburghu i w Iowa City. Nie zaprzestał badań, głównie w kierunku przerobu smoły węglowej (kilka odkryć opatentował) i w dziedzinie kriometrii.

Po wojnie jako przedstawiciel sanacyjnego rządu Świętosławski mógł się spodziewać represji ze strony władz Polski Ludowej, jednak zdecydował się na powrót w 1946 roku. Przywiózł ze sobą książki, przedmioty (zakupione za własne pieniądze albo zdobyte z demobilu). Zamieszkał z powrotem w Olszance pod Skierniewicami. Początkowo wrócił do wykładania na Politechnice Warszawskiej, ale jego miejsce na katedrze było zajęte, więc zaproponowano mu Katedrę Chemii na Uniwersytecie Warszawskim. Musiał od nowa stworzyć zburzone przez Niemców w czasie wojny laboratorium fizykochemiczne. 

Pismo Wojciecha Świętosławskiego do rektora Politechniki, w którym deklaruje się on do powrotu do Polski po wojnie

Pismo Wojciecha Świętosławskiego do rektora Politechniki Warszawskiej, dotyczące gotowości profesora do pracy


Z czasem złożył posadę i podjął się kierownictwa Zakładem Fizykochemicznym w Instytucie Chemii Przemysłowej na Żoliborzu, a także był dyrektorem Instytutu Chemii Fizycznej Polski Akademii Nauk i kierował Zakładem Fizykochemii Podstawowych Surowców Organicznych. 

W 1959 roku, 22 listopada, profesora dotyka osobista tragedia. W wypadku ulicznym zginęła jego żona Maria, nazywana ze względu na swoją wrażliwość "aniołem dobroci".

Na emeryturę Świętosławski  przeszedł w 1960 r. Wtedy też wraz z córką przeprowadził się z zajmowanego mieszkania na terenie Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego do domu profesorskiego przy ulicy Brzozowej w Warszawie, gdzie mieszkał do końca życia. W 1961 roku Politechnika Warszawska nadała mu doktorat honorowy. Swoją pasją zaraził jedyną córkę Janinę, która tak jak on została światowej sławy naukowcem.

Wojciech Świętosławski zmarł w 1968 r. i został pochowany w Alei Zasłużonych Cmentarza na Powązkach w Warszawie.





Grób Wojciecha Świętosławskiego i jego żony na warszawskich Powązkach. Zdjęcie z http://mojecmentarze.blogspot.com/2016/01/wojciech-swietosawski.html
Wojciech Świętosławski był człowiekiem niezwykłym. Przez całe swoje życie prowadził notatki, spisując wrażenia z odbytych spotkań z ludźmi. Napisał prawie 400 publikacji specjalistycznych, w tym 200 wspólnie z pracownikami, opublikował ponad 50 artykułów w sprawach gospodarczych i społecznych. Uzyskał 46 patentów na wynalazki. Był twórcą szkoły naukowej, wychowawcą młodzieży i pedagogiem. Wykształcił ponad 20 profesorów, 100 doktorów, kilkuset magistrów, w tym także późniejszych kierowniczych pracowników przemysłu. 

EG